Na co się przygotować i czego obawiać po przyjeździe do Australii.

Share the joy
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Z komentarza do wcześniejszego wpisu:
“Hej, zaintrygowało mnie wspomniane przez Ciebie „frycowe”. Podaj proszę przykłady na co na początku się nacięliście zanim  zbadaliście teren”? W każdym, obcym kraju człowiek musi na własnej skórze i kieszeni odczuć niewiedzę. Na co się przygotować czego obawiać po przyjeździe do Australii?”
Śpieszę z odpowiedzią:
1. Język angielski jest używany powszechnie na całym świecie. Każdy naród ma swoje akcenty i dialekty. Tak samo jest z Australią – lokalni używają raczej języka Australijskiego niż Angielskiego – i nie chodzi mi tutaj o lokalne słówka i powiedzonka. Nie zdziw się więc, jeśli mimo swojej perfekcyjnej znajomości języka angielskiego poświadczonej wszelkiego rodzaju testami zajmie Ci chwilę zanim skumasz co do ciebie nadają lokalni. Przygotuj się również, że będziesz musiał/a powtórzyć kilka razy, bo jesli twój akcent odbiega od standardów zakorzenionych w mózgu rozmówcy – zajmie mu chwilę zrozumienie słów poszczególnych – zwykle są cierpliwi. Rozumienie kontekstowe nie zawsze działa. Z drugiej strony wszelcy imigranci Australijscy używają własnego narzecza, co też sprawy nie ułatwia.
2. Referencje, referencje, referencje w Australii… temat nie do przeskoczenia. Jeśli chcesz wynająć mieszkanie lub pokój musisz podać jakieś referencje, które mogą sprawdzić – uwierzcie sprawdzają, więc nie ma co ściemniać. Tony dokumentów z różnymi podpisami nie znaczą tak wiele jak numer telefonu do przyjaciela / wcześniejszego landlorda lub pracodawcy, który powie parę dobrych słów na Twój temat. Tu się zamyka kwadratura koła, bo dopiero co przyleciałeś, więc nie za bardzo masz kogo podać jako polecacza…
3. Jeśli robisz jakiś deal – na wszystko bierz papier i podpis – cokolwiek ustalone ustnie niekoniecznie się wydarzyło z punktu widzenia przyszłych roszczeń. W ping pongu i szukaniu dziury w całym lokalni osiągnęli mistrzostwo świata a instytucje typu “Fair Traiding Office” lub “Residencial Tenancies Authority” delikatnie mówiąc nie zawsze są w stanie Ci pomóc. Dodatkowo ty jako ten co niejednokrotnie nie za dobrze się komunikuje po angielsku na dzień dobry stoisz na straconej pozycji, i nie jęcz bo od “wietnamca” albo “ruska” na polskim bazarze wymagasz aby mówił z tobą po polsku, więc się teraz postaw w ich skórze, jako “pole” w Australii.
4. Nie zawracaj sobie głowy szukaniem pracy przez agencje pracy jeśli nie masz pozwolenia na cały etat, ze względu na ograniczenia twojej wizy. Generalnie strata czasu – chyba, że agencja ma w ofercie również pracodawców sponsorów, a na twój zawód jest duże zapotrzebowanie w Australii. Skup się na pracodawcach – są bardziej skłonni do negocjacji i różnych ugód. Jeśli po miesiącu – dwóch nie znalazłeś jeszcze swojej wymarzonej pracy zgodnej z twoimi kwalifikacjami – obniż poprzeczkę i zacznij szukać czegoś “mniej ambitnego” jak prace budowlane, praca w restauracji, sprzątanie. Pieniążki na “polskim koncie” się kurczą a z czegoś żyć trzeba. Korona z głowy Ci nie spadnie. Zwykle trwa około pół roku zanim znajdziesz “przyzwoitą robotę”. Czasami dopiero po kilku miesiącach się do Ciebie odezwą na aplikację, o której już zdążyłeś dawno zapomnieć. Jak już znajdziesz “jakąś” pracę dalej szukaj “tej wymarzonej”
5. Ocenia się, że w Australii 75% stanowisk pracy jest obsadzanych z polecenia. Jedynie Jakieś 25 % pojawia się w mediach – skłonny jestem w to uwierzyć. Pytaj więc znajomych i nieznajomych czy nie wiedzą czegoś na temat pracy dla Ciebie – jesli ci coś polecą bierz co dają, nawet jeśli ci się nie podoba, zawsze możesz zrezygnować, bo cośtam… Potrzebujesz jakoś zacząć, alby uzyskać Australijskie REFERENCJE!!! I do licha ciężkiego nie szukaj tylko po polakach – otwórz się na angielskojęzycznych, w końcy wśród nich żyjesz!
6. Jak już szukasz roboty po mediach kup lokalny Australijski dziennik – lokalne oferty pracy nieczęsto pojawiają się w internecie. Mnóstwo ludzi wogóle nie jest zainteresowanych ogłaszaniem się w necie. Zapytaj w newsagency (nazwa sklepiku z gazetami) w jaki dzień w gazecie są ogłoszenia o pracy (zwykle sobota, ewentualnie środa), chętnie podpowiedzą. Zapytaj czy nie wiedzą czy ktoś nie szuka pomocnika. W końcu mnóstwo ludzi się u nich przewija.
7. Kup sobie jakiś pojazd zmotoryzowany – komunikacja miejska działa sprawnie w centrach miast. Poza tym jest różnie. Bez auta niewiele zdziałasz. Wiele dorywczych prac, które możesz znaleźć wymaga od Ciebie mobilności. W końcu przyleciałeś tu po “nowe – daj Boże lepsze życie”. Potraktuj to jako inwestycję w siebie. Chyba, że masz zamiar jęczeć jak Ci tu niedobrze i podwinąc ogon po miesiącu. W takim przypadku najlepiej się połóż bo niedajboże się przewrócisz.
8. Spróbuj, przynajmniej spróbuj nie przeliczać wszystkiego na złotówki bo w dekiel dostaniesz. Za bółę i kubeł coli w Subway-u zapłacisz jakieś 10 dolarów, czyli w przeliczeniu 35 złotych. Jak pomyślisz ile te 10 dolarów jest warte, to tej buły nie kupisz i będziesz dalej chodził głodny. Kontroluj jednako swój budżet – zamiast niekupienia buły rzuć palenie i pijaństwo. Paczka fajek to 20 dolarów czyli 70 złotych – pomyśl w ten sposób jeśli musisz  już przeliczać.
9. Nic nie osiągniesz warczeniem, opier…, wymaganiem “bo mi się kur… należy”. To zostaw na później jak już będziesz mógł sobie pozwolić na to aby Cię nie lubili. W Australii, być może często na pokaz jak niektórzy sugerują, ale ludzie są dla siebie uprzejmi. Generalnie w nosie to mam czy to jest na pokaz – lepiej się rozmawia z kimś kto jest miły dla Ciebie niż z warczącym bufonem… Ludzie nie są do Ciebie uprzedzeni – to Ty sprawiasz swoim zachowaniem, że Cię unikają.
10. A później to już tylko hajlajfik i całowanko z drugą połówką w parku jak na obrazku. Najlepiej pierwszą połówkę zostawić w szafce w domu, bo policja może uznać wybryki miłosne pod wpływem alkoholu za cokolwiek nie na miejscu i nie do końca przyjemnie zakończyć “Tête à tête” 😉

Tyle na wstępie…
Jak ci się spodobał artukuł podziel się ze światem przez facebooka, G+1, NK, maila (ikonki na górze posta) albo przynajmniej kliknij w gwiazdki.

Pozdrawiam
Karol Nowak Australia

Na co się przygotować i czego obawiać po przyjeździe do Australii.

Share the joy
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
Tagged on:

13 thoughts on “Na co się przygotować i czego obawiać po przyjeździe do Australii.

  • 20 kwietnia 2012 at 18:23
    Permalink

    Czy dobrym pomysłem jest przyjechać na roczny kurs angielskiego patrząc na australijską specyfikę tego języka.
    Jak tamtejszy rynek pracy zapatruje się na freelancerów w branży komputerowej – webdeveloper, webdesigner, programista?

    Reply
    • 20 kwietnia 2012 at 19:25
      Permalink

      Nigdzie nie nauczysz się lepiej języka niż w kraju, w którym musisz się nim porozumiewać na codzień, więc odpowiadam – tak, nauka języka w Australii to dobry pomysł. Nauczyciele mówią poprawnym angielskim – w szkołach językowych to konieczność jeśli chodzi o nauczycieli. Fachowcy w branży komputerowej wsiąkają w rynek Australijski jak woda w gąbkę – zapotrzebowanie jest potężne.
      Pozdrawiam
      Karol

      Reply
    • 24 kwietnia 2012 at 07:26
      Permalink

      złym…nie słuchaj Nowaka…pytasz o specyfikę języka …Nowak wyraźnie wskazuje”Nauczyciele mówią poprawnym angielskim – w szkołach językowych to konieczność jeśli chodzi o nauczycieli. “czyli slangu australijskiego nauczysz się w mowie potocznej a nie na kursach sugerowanych przez Nowaka
      pozdrawiam Marianek

      Reply
      • 24 kwietnia 2012 at 11:24
        Permalink

        A łaciny w rynsztoku 🙂
        Uwielbiam twoje komentarze.
        Karol

        Reply
  • 20 kwietnia 2012 at 06:52
    Permalink

    Czytam kazdy wpis, przedluzam sobie pobyt dwumiesieczny w ten sposob- wszystko jest ciekawe. Lekkie pioro, szczypta sarkazmu, ciut humoru i zmysl obserwacji na piatke! Mysle, ze maja szczescie Ci, co chca pojechac, bo duzo jest takich wiesci z pierwszej reki. Bravo!

    Reply
  • 20 kwietnia 2012 at 03:16
    Permalink

    Oooo nie! a miało być tak pięknie 😎
    Dzięki

    Reply
  • 19 kwietnia 2012 at 21:39
    Permalink

    Jedyny punkt, z którym się nie zgodzę, to ‘darowanie’ sobie agencje pracy, jeśli się nie ma pozwolenia na pracę w pełnym wymiarze godzin. Mój mąż swoją pierwszą pracę dostał właśnie przez agencję, mimo, że mógł pracować jedynie te nieszczęsne 20 godzin. Wydaje mi się, że lepiej wykorzystać każdy dostępny sposób na znalezienie zajęcia. Ale może też być tak, że wyjątek potwierdza regułę :).

    Pod resztą muszę się podpisać obiema rękami :). Pozdrawiam.

    Reply
    • 19 kwietnia 2012 at 22:30
      Permalink

      Przypuszczam, że po półtora roku waszego pobytu w Australii na wizie studenckiej nabył referencji i pleców na miarę Ozika toteż w agencji go z należytym szacunkiem potraktowali 🙂
      Gratulacje – chyba teraz “Czujecie się WOLNI ;)” jak gdzieś wyczytałem.
      Pozdrawiam
      Karol

      Reply
      • 21 kwietnia 2012 at 06:59
        Permalink

        Zupełnie nie tak :). Pracę dostał przez agencję na początku naszego pobytu. To była jego pierwsza praca w Australii, więc ani pleców, ani referencji, za to wiza studencka w paszporcie.

        I dzięki :). Tak – czujemy się wolni :))

        Reply
        • 21 kwietnia 2012 at 07:25
          Permalink

          Gratulacje – twardy zawodnik ten twój małżonek – dał im radę 🙂
          Mnie odsyłali abym wrócił jak już będę miał pozwolenie na pełny etat.
          Jak dostaliście 457?
          Karol

          Reply
          • 21 kwietnia 2012 at 17:37
            Permalink

            W zasadzie dość zwyczajnie. Firma stwierdziła, że mają dużo zamówień, a będą mieli jeszcze więcej, ze względu na zmiany wewnętrzne i potrzebują małżonka na pełny etat. Więc po roku pracy na pół etatu, postarali się dla niego o 457.
            Może to też zależało od tego, że G jest inżynierem, ale z dość wąską specjalizacją. Trafił na agencję, która zajmuje się głównie tą specjalizacją i udało im się znaleźć coś dla niego na te nieszczęsne 20h. Wymagało to wysiłku. Pamiętam jak w jeden dzień odwiedził 30 różnych agencji. Ale cóż – nic łatwo nie przychodzi 🙂

    • 20 kwietnia 2012 at 21:45
      Permalink

      popieram zadanie Magdy “Wydaje mi się, że lepiej wykorzystać każdy dostępny sposób na znalezienie zajęcia. “

      Reply
  • 19 kwietnia 2012 at 18:57
    Permalink

    Baaardzo trafne i przydatne spostrzeżenia. Z własnych doświadczeń mogę potwierdzić sporą część. Reszty co nie mogę potwierdzić nie doświadczyłem.
    Pozdrawiam
    Roman

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *